Osiemnaście godzin z Eweliną

Aktualizacja: 16 wrz 2019

Tekst: Marcin Pietras | Zdjęcia: D. Gackowski, M. Hanyżewski, A. Kornik, UM w Bydgoszczy

Szanowna Pani, mamy stuletnie kino, gramy w nim 50-letni film z Pani udziałem, czy możemy liczyć na krótkie filmowe wspomnienie? Wypowiedź?” „Jakże miło, oczywiście, że przyjadę!

Sprawy toczą się szybko.


W słuchawce brzmi energiczny głos osoby ciekawej nowej przygody. Pierwsza rozmowa trwa ponad godzinę, pytania gonią pytania. Ledwie zdążę wspomnieć o książce — role się odwracają. Kwestia najważniejsza: „Czy dobrze zagrałam po polsku? Co pisali? Tak bardzo chciałam, starałam się, żeby widzowie nie zatykali uszu z przerażenia, jak kaleczę język”. Jak z karabinu strzela nazwiskami współpracowników z tamtych czasów, którzy mogliby opowiedzieć o filmie. Sajkow. Może Damięcki, nagrywał kwestie Matałowskiego. I nieufność: dlaczego tylu ludzi chce się z nią spotykać? A jeszcze nawet nie było mowy o prezydencie miasta, sami nie mieliśmy pojęcia.


Tydzień później, im bardziej zagęszczają się wydarzenia wokół pokazu Sąsiadów, tym częściej jej powtarzam: „Widzisz, co narobiłaś?”


Na dwie doby pobytu przyjeżdza z leciutką, w połowie pustą płócienną torbą; nie rozumie, jak można ciągnąć za sobą ciężkie walizki. A już na pewno nie należy narzekać, że takie są za wielkie i kłopotliwe, samiście sobie winni! Jest żywa, pogodna, bywa niecierpliwa; nietrudno rozpoznać w niej młodą dziewczynę ze starych, czarno-białych filmów.


Pierwsze przyjazdy do Polski wspomina jako szok kulturowy. Już w taksówce opowie o sytuacji z pociągu tamtych lat. „Było sporo ludzi, chodził konduktor. Jeden starszy mężczyzna miał bilet, ale okazało się, że bez jakiejś dopłaty. Ale nie miał też pieniędzy. I wiesz, co oni zrobili?”, z emocji wciąż wpłata polskie słowa. „Zrzucili się na dopłatę?”, zgaduję. „Nie! Oni na niego wsiedli: czego chcesz od tego człowieka? Zostaw go, widzisz, że nie ma jak zapłacić! I ten konduktor robił się coraz mniejszy, i mniejszy. Oni go przepędzili. W NRD to było nie do pomyślenia!”

Chwila zastanowienia i oboje stwierdzamy: teraz w Polsce raczej już też.


Drugie wspomnienie z podróży pociągami do Polski wiąże się z ówczesnym liberalnym prawem aborcyjnym w PRL. „W każdym wagonie, przedziale — Niemka w drodze na zabieg, często nie wiedziały w ogóle, co po tej stronie robić, gdzie się zgłosić. Nie miały nic, adresu lekarza, noclegu. Ja byłam wtedy młoda, też podróżowałam sama, więc byli pewni, że też tak jadę”. W niejakim kontraście na miejscu nauczycielka polskiego, do której tygodniami uczęszczała na zajęcia po pięć godzin dziennie, okazała się zagorzałą katoliczką z portretem papieża na ścianie.


„Kiedy bywałam w Polsce, pokazywaliście filmy, jakich u nas nie było. W Bydgoszczy zobaczyłam Powiększenie Antonioniego, wracałam na ten film trzy dni z rzędu, nie mogłam uwierzyć, że można nakręcić coś takiego! Przez jakiś czas chciałam nawet przenieść się do Polski”.


„U nas mówiło się zawsze, że jesteście najweselszym barakiem w obozie, ujmowała mnie polska nonszalancja, swoboda bycia. Chodziłam na tutejszy rynek, takie targowisko, a tam sporo handlu na czarno. Sama przywoziłam nylonowe koszule na sprzedaż. W porównaniu do dzisiaj miasto było o wiele bardziej szare, ale wiele rzeczy mnie tutaj zachwycało, także kuchnia. Nie w restauracjach, ta była do niczego, jak w NRD, ale ta, której próbowałam prywatnie. Uwielbiałam naleśniki z serem, macie je jeszcze?” - dopytuje znad miseczki wybornego barszczu w kawiarni opodal kina.


Niemieckie nazwy lokali w Bydgoszczy ją dziwią. „Zimmer Cafe? Landschaft? Co za wydziwianie, dlaczego nazywacie po niemiecku!? Macie swoje słowa!” Chwilę później, po nieudanych próbach złapania roamingu i restarcie telefonu dodaje:

„Oczywiście, że jesteście w Europie, zawsze mnie denerwowało, jak się traktuje polskie czcionki. Na zachodnich klawiaturach są wszelkie rodzaje znaków, w komórce mam pięć wariantów litery 'a': z kreskami, kropkami, kółkami. Tylko nie z ogonkiem. To dyskryminacja!”

Z tym większą satysfakcją za każdym razem poproszona o autograf zamiast „Evelyn Opoczynski” kaligrafuje starannie „Ewelina OpoczyŃska”.


Czasu nie ma wcale tak wiele, tym bardziej że Ewelina jest typem sowy, nie lubi wcześnie wstawać. Umawiamy się codziennie około południa. Przed papierosem i kawą niechętnie udziela się w oficjalnej roli. W pokoju nie może palić, więc na papierosie lepiej nie przeszkadzać; zdjęcia poprosi później, po pierwszej kawie. A najlepiej po dwóch. I najlepiej jak najkrócej. „Już zrobiłeś? Nie? Się guzdrzesz. Trudno”.


Swojej fotosesji w fontannie koło Parku Kochanowskiego z 1968 roku nie kojarzy w ogóle. O zgrozo: potop w odrestaurowanej wersji, duma miasta, nie przypada jej swoją brutalną, grubo ciosaną bryłą do gustu. Pomnikiem na Starym Rynku jest jeszcze bardziej zaskoczona: „Tego typu miejsca pamięci powinny nieść nadzieję, krzepić, a ta rzeźba jest przytłaczająca i przerażająca”, mówi.


Tymczasem w programie krótkiego pobytu zdjęcia, gazety, ratusz, radio, podpisy na książkach i plakatach. Szczęśliwie już pierwszego wieczoru zdążyliśmy porozmawiać o książce, jej głównych tematach i tezach, później przeglądała ją jeszcze w hotelu. W uroczystym dniu w ostatniej chwili wywiad do radia, w hotelu, żeby było blisko. Rozmawia się dobrze, po wyjściu Ewelina żałuje, że musiała się ograniczać, szkoda, że nie było więcej czasu. Ale przed kamerami w przerwie Repremiery wręcz ucieka. „Jak będą chcieli, to mnie znajdą”, mówi. „Sama się nigdy nie pcham, ja tu tylko gram w filmie”.


Bardziej od mediów i atencji interesują ją ludzie i ich opowieści. Z panem Stanisławem, ostatnim mówcą podczas panelu po seansie, świadkiem wydarzeń zarówno 1969, jak i 1939 roku, rozmawia jeszcze długo po wyjściu z kina. „To było niesamowite”, mówi. „Doskonała kropka nad 'i'”.



Jeszcze przed wejściem do kina, Ewelina niepokoi się, że po tak długim seansie mało kto zostanie jeszcze na dyskusji. Na widok projektorów z 1952 roku nie dowierza. „Puścicie film z taśmy 35 mm? Cudownie”. Kiedy rozlega się terkot maszyn, podskakuje z radości. Reaguje żywiołowo: w brutalnych momentach zakrywa oczy, wzrusza się i płacze. Za każdym razem widząc na ekranie Rudolfa Penka, cieszy się: „to taki złoty, serdeczny człowiek!”, powtarza. A tu gra jedną z najczarniejszych postaci. Jak mówi rozdział książki: Nie ma dobrych Niemców.


Film widzi w całości po raz pierwszy od pięćdziesięciu lat, o ile nie w ogóle. Niemieccy aktorzy nie dostali nigdy pełnego scenariusza, po zakończeniu zdjęć przyjechali do Polski jeszcze tylko na postsynchrony swoich scen. W Niemczech (ani wschodnich, ani zachodnich) film nigdy nie miał premiery. Teraz nawet w Polsce jest trudno osiągalny, doczekał edycji DVD w 2008 roku, przez te lata zniknął nawet z serwisów aukcyjnych.


„Spodziewałam się gorszego, to bardzo dobry film!”, mówi Ewelina po seansie. „Wyróżnia się wśród innych historii wojennych, przerażająco realistycznie pokazuje, jak ludzie mieszkający dotąd koło siebie wychodzą pewnego dnia na ulicę miasta i zaczynają do siebie strzelać. Ścibor-Rylski wiedział, co robi”.



Regularnie powraca też temat operatora filmu, Kurta Webera. „Teraz dopiero widzę, że naprawdę miał genialne oko. Mało kto wie, ale podczas pobytu w Bydgoszczy zajmował pokój na poddaszu, okradziono go całkowicie, zostały tylko skarpetki, namoczone do prania w misce”.

„A wiesz, że w swoich wspomnieniach nie pisze nic o tym filmie?” — pytam. „W ogóle okres sprzed wyjazdu z Polski [dwa miesiące po premierze Sąsiadów] opisuje zdawkowo. Większość książki poświęca czasom w RFN”.

„Może nie był w stanie do tego wracać?” zgaduje Ewelina. „Kręciliśmy w 1968 roku. To nie był dobry rok, interwencja w Czechosłowacji, nagonka antysemicka, bardzo przykry czas” — opowiada nad starymi fotografiami, które przywiozła w białej kopercie. „To może bez związku, ale już po zakończeniu zdjęć dwie osoby z niemieckiej ekipy, niezależnie od siebie, popełniły samobójstwo. Każde z nich miało oczywiście swoje własne problemy, ale kto wie”.


Nie tylko dlatego, zdarzały się inne epizody i zwątpienia, ale wtedy ostatecznie rozmyśliła się i nie zamieszkała w Polsce.



Na pytanie po pokazie, jak bardzo historia zaczyna się powtarzać, Ewelina odpowiada, że porównania narzucają się same. „Przecież wojny wciąż się toczą, także w Europie”. Na spotkaniu w Urzędzie Miasta podkreśla: „To nie jest zamknięta sprawa, już nieważna, którą młodzież nie musi się przejmować, bo żyje już w lepszych czasach. Muszą znać te historie, trzeba im opowiadać, żeby mieli świadomość, co się stało i co nie ma prawa się powtórzyć”.


Medal przywoływania historii ma dwie strony. W spóźnionym pociągu do Poznania, kiedy wiekowy już Niemiec dopytuje zaniepokojony o przesiadkę do Berlina, po jego odejściu Ewelina mówi smutno:

„Nie mogę się pozbyć tego uczucia. Wiem i umiem policzyć, że najstarsi ludzie mogli być wtedy już tylko dziećmi. A jednak kiedy widzę takiego leciwego człowieka, wciąż kołacze mi się z tyłu głowy pytanie: co wtedy robiłeś? po której stałeś stronie? To silniejsze ode mnie”.

Po czym — już znad racuchów z jabłkami, których chwilę wcześniej wcale nie chciała jeść — dodaje: „Dobrze, póki jest pięknie, ale za wszystko trzeba kiedyś zapłacić. To, co się dzieje, jest bardzo niepokojące, chociaż dotyczy nie tylko Polski, która bardzo mnie interesuje. Myślę, że w dzisiejszych czasach najważniejsze, to starać się być dobrym i wychowywać przyzwoite dzieci”.


Po powrocie do Berlina pisze esemesa: „Nasze spotkanie to szczęśliwy zbieg okoliczności. Koniecznie przyślij film, wszyscy tu bardzo ciekawi!”



Materiały prasowe, radiowe i telewizyjne, związane z Repremierą „Sąsiadów” oraz wizytą Eweliny Opoczyński w Bydgoszczy zebraliśmy pod tym linkiem.


98 wyświetlenia

Kino Pomorzanin

ul. Gdańska 10

85-006 Bydgoszcz

 Fundacja Kino Pomorzanin
ul. Focha 12, 85-070 Bydgoszcz
KRS 0000811146 | NIP 9671431364

nr konta 59 1940 1076 3206 4441 0000 0000

Kino Pomorzanin Sp. z o.o.
ul. Focha 12, 85-070 Bydgoszcz
KRS 0000708388 | NIP 9671405757

REGON 369097657

qr-carrd.png

Płatności kartami w sklepie

Kina Pomorzanin obsługuje

copyright © 2020 by Kino Pomorzanin Sp. z o.o. | Moderator Inwestycje Sp. z o.o.
design & website © 2019 by
mapi+